La La Land, Ryan Gosling, Emma Stone

Każdy marzyciel ma swój słodko-gorzki La La Land

Centrum Warszawy, zimowy wieczór, podświetlony Pałac Kultury i ludzie kręcący się bez celu w pasażu na Marszałkowskiej. Wracałam z pracy, jak zwykle zmęczona życiem i w humorze w kategorii z tych „na granicy rozpaczy”. Schodziłam do metra, gdy w oczy rzucił mi się plakat z tańczącą parą szczęśliwych ludzi. „Kochajmy marzycieli” – przeczytałam, ze zdziwienia zmarszczyłam czoło i poszłam dalej, myśląc jakie to infantylne i banalne. W domu przeczytałam, że La La Land otrzymał 7 Złotych Globów i liczne nominacje do Oskara. Film o marzycielach i w dodatku musical? Chciałam to zobaczyć.

Idąc do kina, wcale nie nastawiałam się na fajerwerki. Musicale dotąd omijałam szerokim łukiem, zwłaszcza, że ciągle miałam w pamięci Moulin Rouge, na którym się niesamowicie wynudziłam. Dlaczego tym razem postanowiłam się przełamać? Powodów było kilka. Muzyka, zwiastuny i liczne, pozytywne recenzje. Nie da się ukryć – jestem podatna na marketingowe sztuczki, ale żeby krytykować lub chwalić jakikolwiek film, musiałam i chciałam go najpierw zobaczyć. Nie bez znaczenia była też obsada aktorska – Ryan Gosling – bądź co bądź mój ulubiony aktor, i irytująco – intrygująca, wzbudzająca u mnie skrajne emocje – Emma Stone.

La La Land, czyli kochajmy marzycieli!

Od początku trąciło to infantylizmem i typowo hollywoodzką banalnością. Już tytuł sugerował, że w musicalu zobaczymy świat gwiazd wielkiego kina, ich spełnionych i niespełnionych marzeń, porażek, sukcesów – drogi, która nie była usłana różami i nie zawsze prowadziła na sam szczyt. Tytułowymi marzycielami z Miasta Aniołów są Mia i Sebastian. Niespełnieni artyści – aktorka, z wytęsknieniem wypatrująca filmowej kariery zza kawiarnianej lady, oraz utalentowany muzyk, marzący o własnym klubie jazzowym. Czy to przypadek, że ich drogi się połączyły?

Słodko-gorzkie zderzenie z rzeczywistością

Mogłoby się wydawać, że dwoje marzycieli, to trochę za dużo na jeden film. Początkowo wszystko zapowiadało wielki romans z happy endem. Ostatecznie nie było ani wielkiego romansu, ani szczęśliwego zakończenia, bo twórcy całą cukierkowość strojów, muzyki i ambitnych marzeń, przyprószyli odrobiną goryczy. Cele są ważne, warto do nich dążyć, można je osiągnąć, ale przy okazji wiele wartościowych rzeczy, można zgubić gdzieś po drodze. W przypadku Mii i Seba – związek, miłość, uczucie – były potrzebne na jedną, małą chwilę. Marzyciele na tym etapie życia byli sobie po prostu potrzebni. Motywowali się do działania, budowali poczucie własnej wartości – potrzebowała tego zwłaszcza Mia, która z każdego przesłuchania wychodziła zła, rozczarowana i bez wiary w sukces. To Sebastian zachęcił ją do napisania scenariusza i wystawienia monodramu, to on zagrzewał ją do walki, a warto zauważyć, że nawet jej własna matka nie była dla niej wsparciem. Jego wiara ją uratowała, więc przyszła pora zająć się sobą. Wtedy nagle zabrakło miejsca na miłość. Sebastian brutalnie zepchnął Mię na drugi plan, trochę dla jej dobra, żeby mogła dać z siebie wszystko, gdy dostanie rolę w filmie. Pytanie, czy zrobił to z miłości?

La La Land

Albo miłość, albo kariera?

Nie można pogodzić prywatnego szczęścia z sukcesem zawodowym? Czy zawsze coś musi odbywać się kosztem czegoś innego? Te i wiele innych pytań nie dają mi spokoju, ze względu na niejednoznaczne i trochę smutne zakończenie. Mia ułożyła sobie życie, ale czy widząc Seba w jego własnym klubie, grającego ich piosenkę, nie żałowała, że to wszystko nie potoczyło się inaczej? Jest to moja ulubiona scena – wymowna, chociaż bez słów i co prawda z uśmiechem, ale przez łzy. W moim odczuciu najsłabszym ogniwem filmu są dialogi. Jest ich mało i żaden z nich nie powala na kolana. Ponieważ lubię przegadane filmy, to tym razem pozostałam z poczuciem niedosytu. Rozmowy głównych bohaterów są trochę o niczym, dlatego może lepiej, że to, co najważniejsze dzieje się właśnie między słowami. Może tak jak w życiu, tak i w filmie – nie można mieć wszystkiego.