Mój Sen o Warszawie

Od moich najmłodszych lat wszyscy w domu wiedzieli, że po maturze wyjadę do Warszawy. Niektórzy dziwili się, że chcę porzucić piękną, turystyczną miejscowość na rzecz gwarnego miasta. Jednak ja nie chciałam studiować w innym mieście. Bez problemu dostałam się na Uniwersytet Warszawski i na wymarzoną filologię polską, wypchałam białego fiata taty po dach książkami i kilka dni przed pierwszymi zajęciami zameldowałam się w akademiku. Do dzisiaj pamiętam łzy przy pożegnaniu i pierwszy dorosły, w pełni samodzielny dzień w wielkim mieście. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jest to początek największej przygody mojego życia.

Warszawę można kochać, można jej też nienawidzić, ale na pewno trudno przejść obok niej obojętnie. Przez pierwsze lata nie mogłam się nacieszyć odkrywaniem nowych miejsc. Zwiedzaniem placów, ulic i parków, które do tej pory znałam tylko z filmów i seriali. Na wyciągnięcie ręki były kina, teatry, koncerty, spotkania literackie i inne wydarzenia kulturalne. Nie zawsze i nie na wszystko był czas, ale były ogromne możliwości. Studia były moją pasją i pochłaniały mnie bez reszty. Bardzo miło wspominam przesiadywanie w bibliotekach – czułam się jak ryba w wodzie – właściwy człowiek na właściwym miejscu. Wszystko wydawało się możliwe i w zasięgu ręki – do czasu.

„Liczą się tylko marzenia. Bez nich jesteś niczym więcej niż pyłem na wietrze”. –  Katarzyna Michalak, Zachcianek

Skończyłam studia, chciałam szybko znaleźć pracę, ale okazało się, że ani w szkołach, ani w wydawnictwach czy gazetach nie ma dla mnie miejsca. Zdałam sobie sprawę, że skończenie studiów to za mało. Od tego momentu duże miasto zaczęło mnie przytłaczać. To co do tej pory wydawało się łatwe i logiczne, stało się niewykonalne. Nieomal się poddałam, straciłam wiarę. Warszawa ukazała przede mną swoje drugie, ciemniejsze oblicze. Straciłam złudzenia.

Jedni mówią: Sama jesteś sobie winna! Trzeba było iść na inne studia, uczyć się zaocznie i już od pierwszych lat pracować. Gdybym wiedziała, że nie wszystko pójdzie po mojej myśli, to może zrobiłabym coś inaczej. Z drugiej strony lata studiów były najszczęśliwszym czasem mojego życia. Nie oddałabym tych dni, miesięcy i lat za żadne pieniądze.

Nie chcę słuchać rad ludzi, którzy nie są mną, a wiedzą lepiej jak powinnam żyć. Może to właśnie o to chodzi, żeby czasami podejmować złe decyzje, zbaczać, błądzić, wracać na właściwie tory. Może właśnie w tym tkwi cała kwintesencja życia? Wiem, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a każdy etap jest po coś. Dopiero za parę lat ta cała plątanina dróg ułoży się w sensowną, zrozumiałą mapę. Głęboko w to wierzę, bo chociaż Warszawa nie raz dała mi w kość, to na pewno nauczyła mnie jednej ważnej rzeczy: Nie warto zbyt szybko się poddawać!